Kiedy z uniesień zostaje uniesienie brwi, ze wzruszeń pozostaje wzruszenie ramion, a słowo faworki nie kojarzy mi się z frywolnością, tylko z ciastkiem, czas pomyśleć o rozdzielaniu ciepłych słów, miłości oraz pamiętać o wspomagaczach. Taka nalewka z zebranego na nieużytkach kurdybanku, mniszka, czarnego bzu świetnie wspomoże zimą mój nieodporny układ odpornościowy. Pamiętam również, by zatroszczyć się o piękno wnętrza. To czas, by stres zredukować muzykoterapią, roślinoterapią (hortiterapia to terapia w ogrodach), animaloterapią, czyli terapią ze zwierzątkami. Czas zaprzyjaźnić się z kotem bądź psem, których pełno w schroniskach, a ludzi kochać, choć wiadomo, że niektórzy mają paskudne przywary.
Nie dam się nadgryźć zębowi czasu
 Siwieć i marszczyć się też trzeba umieć. Jeśli uśmiech szczery i szeroki, to nawet zębowa proteza może dodać uroku. Nie narzekam, bo to niczego nie zmieni. Jak najkrócej przebywam w pobliżu telewizora, bo zdołowanie z nim zapewnione miałabym niczym w banku, kiedy widziałabym codziennie same tragedie, dramaty, wypadki, dlatego nie pielęgnuję w sobie starości poprzez fotel z depresyjną telewizornią.
Biegnę pod wiatr
Przecież mam swoje pasje, zainteresowania, znajomych, więc wychodzę z domu. I nie przejmuję się, co inni powiedzą, kiedy zobaczą mnie w różowych włosach, kolorowej pelerynce z frywolnie pobrzękującymi obręczami i pudrowym szaliczku zgrabnie zasłaniającym przymarszczoną szyję. Nie zapominam o parasolu, oczywiście do podpórki, zatem udaję, że może wkrótce padać, choć słońce świeci. A co, nie może?
Żyję, nie licząc lat
Przeczytałam książkę M. Grzebałkowskiej i E. Winnickiej pt. „Jak się starzeć bez godności” po to, by nie dać sobie wmówić, że starość ma być stateczna i godna. Nie musi, wszystko zależy od nastawienia i od tego, czy czujemy się dobrze w swoich ciałach i czy dbamy o pogodę ducha. Wkładam na siebie coś niebanalnego, by zrobić furrorę wśród znajomych, niech się dziwią i biorą przykład. A za takimi męskimi butami każda się obejrzy:
Żyję, nie licząc lat
Przede mną dni, których nie znam, przecież wszystko może się zdarzyć: wylew, udar, alzheimer, dlatego teraz mogę sobie wyobrazić, że jestem na czerwonym dywanie, skoro tak mi ładnie w czerwonym żakiecie, więc czuję się jak motylek. To nic, że z nadwagą. Wiadomo od wieków, że kochanego ciała nigdy nie jest za dużo. A ja zasługuję na dywan, co nie?
I niechże młodzi o starszych mówią, jak kiedyś my o nich: Ach, ci dzisiejsi seniorzy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.